środa, 9 marca 2011

Smutna 70. rocznica. Wywiezienie Biskupów Płockich do niemieckiego obozu śmierci w Działdowie

Obaj pozostali w diecezji mimo namowy, by Arcybiskup ze względu na swój sędziwy wiek, stan zdrowia i szykany niemieckie wyjechał do Warszawy, gdzie już nawet przygotowano dla niego mieszkanie. Arcypasterz, senior Episkopatu polskiego, nie uląkł sięjednak grozy zbliża­jącej się wojny i nie opuścił swej diecezji, lecz po krótkiej rozmowie z Biskupem Sufraganem powziął niezłomne postano­wienie pozostania na swym posterunku w Płocku; wierność zaś swej owczarni przypieczętował męczeńską śmiercią w ciężkim obozie.


INTERNOWANIE BISKUPÓW PŁOCKICH W SŁUPNIE (28.02.1940-06.03.1941)

     Dlaczego Arcybiskup pozostał w diecezji?

    Prawie wszystkie diecezje w Polsce poniosły dotkliwe straty w stanie personalnym duchowieństwa, które przechodziło obozy, rozstrzelania. Diecezja płocka nie tylko straciła przeszło stu kapłanów rozstrzelanych, zmarłych po obo­zach, więzieniach, lecz i obaj nasi biskupi: arcybiskup Nowowiejski i jego sufragan Leon Wetmański przez rok internowani w Słupnie pod Płockiem, później przewiezieni wraz z kilkudziesięciu kapłanami z Płocka i okolicy do ciężkiego obozu w Działdowie, ponieśli śmierć, a wszelkie ślady miejsca ich pogrzebania zostały przez siepaczy niemieckich zatarte. 

Obaj pozostali w diecezji mimo namowy ze strony pewnych środowisk, by Arcybiskup ze względu na swój sędziwy wiek, stan zdrowia i szykany niemieckie wyjechał do Warszawy, gdzie już nawet przygotowano dla niego mieszkanie. Arcypasterz, senior Episkopatu polskiego, nie uląkł się jednak grozy zbliża­jącej się wojny i nie opuścił swej diecezji, lecz po krótkiej rozmowie z Biskupem Sufraganem na temat sugestii wspomnianych osób, powziął niezłomne postano­wienie pozostania na swym posterunku w Płocku; wierność zaś swej owczarni przypieczętował męczeńską śmiercią w ciężkim obozie. 
Gdy zaś zdecydował pozostać w Płocku w jego bezpośrednim otoczeniu wy­rażano obawy o zdrowie. Tymczasem płonne okazały się te obawy. Arcybiskup zachował przytomność umysłu, niezmordowaną energię w przeprowadzeniu swych planów, cieszył się dobrym zdrowiem nawet podczas internowania w Słu­pnie, a później, w ciężkich warunkach obozowych, przetrwał od 8 marca do 28 maja 1941 r. A iluż to młodszych, zdrowych i silnych kapłanów, wywiezio­nych razem z nim do Działdowa wkrótce umarło?

       Arcybiskup, aczkolwiek na początku wojny miał 82 lata, czuł się dobrze i nie podzielał obaw pielęgniarki i lekarza o swe zdrowie, miał zawsze dobry apetyt i zapewne zdrowe serce. Zachował dawną energię, szybkość decyzji i nieustępliwość w przeprowadza­niu swych planów.
      Początek wojny
      Gdy podczas nieoczekiwanego bombardowania w dniu 5 września 1939 r. przez samoloty niemieckie Katedra, trafiona pięcioma pociskami, została moc­no uszkodzona w czasie rannych nabożeństw, Arcybiskup niezwłocznie zwołał komisję rzeczoznawców celem ustalenia wysokości szkód. Na podstawie proto­kółu oględzin tej komisji własnoręcznie napisał memoriał do premiera ówczes­nego rządu o wzięcie pod uwagę sumy 600 000 zł odszkodowania na rzecz Kated­ry przy pertraktacjach pokojowych z Niemcami – w przeświadczeniu, że wojna wkrótce skończy się klęską Niemiec. Zresztą Arcybiskup nigdy niczego nie od­kładał na jutro, lecz swe obowiązki z niezłomną wolą wykonywał, i umiał do przeprowadzanej pracy wciągnąć innych księży, a zawsze miał jakieś plany na przyszłość.
     Lecz jak ten memoriał w ówczesnych warunkach wojennych przesłać premie­rowi rządu? Dowiedział się, gdzie jest najbliższy polski sztab, i dowódcy, który przechodził przez Płock na drugą stronę Wisły, dał pismo, prosząc, by „dotarło do właściwych rąk”. Ta postawa zdziwiła sztab, który wtedy z podziwem wyrażał się o spokoju Arcybiskupa w realizowaniu swych planów i jego rachubie w ry­chłą klęskę Niemiec.
      Zniszczenie Katedry bardzo przebolał. Tyle lat wkładał w nią swą gorliwość, inicjatywę i troskę przy jej gruntownej przebudowie od czasów, gdy kapituła jako swemu prokuratorowi powierzyła mu pracę przy remoncie i odbudowie świątyni. Później, już jako biskup wciąż ją wewnątrz zdobił, urządzał, by była godną matką wszystkich kościołów diecezji. Nie tylko swą gorliwość, lecz i własne fundusze w nią wkładał. I rzeczywiście, Katedra swym pięknem harmonizo­wała z podniosłością nabożeństw pontyfikalnych, które stanowiły umiłowanie Arcybiskupa. Jako liturgista lubił celebry biskupie w otoczeniu asysty, kapituły i kleryków.
      Miał jednak Arcybiskup tę zaletę, że szybko otrząsał się z przygnębienia i obmyślał praktyczne sposoby realizacji snutych nadal zamierzeń, jakby nic nie zaszło. Podobnie i teraz polecił zabezpieczyć Katedrę, zwłaszcza zabić deskami otwory okienne, ponieważ wszystkie witraże zostały rozbite, a nawet żelazne ramy okienne i konfesjonały wskutek silnego podmuchu bomb uszkodzone.
      Wizyta gestapo i wezwanie do landrata

Wciąż nadchodziły wieści z diecezji, które Ordynariusza głęboko przejmo­wały. Słysząc o gwałtach, aresztowaniach i rozstrzelaniu księży, skorzystał z wi­zyty wojskowego kapelana niemieckiego i przesłał do nuncjatury w Berlinie me­moriał o prześladowaniu Kościoła i trudnościach w rządzeniu diecezją. Być może memoriał ten dostał się do rąk niemieckich, bo krążyła pogłoska, że go kapelanowi zabrano; może jednak dotarł do nuncjatury i ta interweniowała u władz rządowych, gdyż pewnego dnia przyszedł do Kurii gestapowiec z zapyta­niem: „Jakie arcybiskup Nowowiejski napotyka trudności w rządach diecezji, i na co się skarży? 
Odtąd zwracano na niego uwagę tym bardziej, że na usługach władz niemiec­kich działał miejscowy pastor Adolf Schendel, bezpośrednio przed wojną nie­miecki szpieg w Płocku. Należał on do wszystkich organizacji społecznych na terenie miasta, nawet jako członek wspierający zapisał się do Katolickiego Towarzystwa Dobroczyn­ności „Caritas”. Jego działalność szpiegowską zdemaskował i poparł dowodami Michał Niemir, redaktor dziennika płockiego „Głos Mazowiecki” w szeregu re­welacyjnych artykułów, co na krótko przed wojną spowodowało zwolnienie Schendla ze stanowiska pastora miejscowego Kościoła ewangelickiego. Kościół ten stanowił starożytną świątynię katolicką OO. Dominikanów, zabraną katoli­kom przez Prusaków w roku 1805. Według ówczesnej relacji przesłanej do Ber­lina miał on służyć germanizacji miasta. Tym celom służył istotnie.
      Zaraz po wkroczeniu Niemców do Płocka Adolf Schendel, działający wraz ze swą żoną jako urzędnik wydziału kultury w landraturze zabierał głos przy are­sztowaniu różnych osób, o których działalności społecznej doskonale wiedział. Biskup Wetmański interweniował u niego w sprawie aresztowania redaktora Niemira. Interwencja spotkała się z odmową, a nawet wyzywającym zachowa­niem się żony Schendla.
       Teraz pastor mógł pomścić się na redaktorze i Arcybiskupie, wiedział bo­wiem dokładnie, że dziennik ten został założony dzięki inicjatywie Arcybiskupa i był przez niego finansowo wspomagany.
      Na wniosek Schendla wyszedł z landratury kwestionariusz, na który Arcybiskup miał dać do magistratu odpowiedź. Jedno z pytań, zdaje się 17, brzmiało: Jakie było kierownicze pismo (fiihrende Zeitung) diecezji?
Odpisano, że urzędowym pismem diecezji był „Miesięcznik Pasterski Płoc­ki”. Wezwano wówczas Arcybiskupa do landratury. Poszedł tam wraz z kapela­nem; kazano mu oświadczyć, że organem kierowniczym był „Głos Mazowiecki”. A więc wszystko, co ten dziennik pisał o szpiegowskiej akcji Schendla, zapisano na rachunek redaktora Niemira i arcybiskupa Nowowiejskiego. Gdy wy­pełniony kwestionariusz z odpowiedzią na pytanie o pismo urzędowe, podpisany przez Arcybiskupa, zaniosłem do magistratu i wręczyłem prof. Sachsowi, który został folksdojczem i urzędnikiem niemieckim, ten powiedział: „Coście zrobili, po coście napisali, że urzędowym organem był „Głos Mazowiecki”? Mogą być z tego przykre konsekwencje". Mówił to szczerze, wśród ludności płockiej ucho­dził bowiem za uczciwego człowieka. 

Przykre wieści z dekanatu rypińskiego
      W listopadzie 1939 r. dotarła do Arcybiskupa wieść, że księża dekanatu rypińskiego zostali uwięzieni i pobici; kilku zamordowano (wraz z dziekanem, ks. Stanisławem Gogolews­kim), a resztę wywieziono. Na osieroconych parafiach osiadło dnia 22 lutego 1940 r. sześciu księży pochodzących z sąsiednich parafii diecezji chełmińskiej, zwolnionych z klasztoru oborskiego, gdzie byli internowani wraz z księżmi deka­natu rypińskiego. Zostali oni przez władze niemieckie naznaczeni na placówki duszpasterskie w tymże dekanacie. Każdy otrzymał administrację kilku parafii. Nabożeństwa dodatkowe odprawiali w języku niemieckim, tylko Msza św. pozo­stała po polsku; z parafiami porozumiewali się po niemiecku, a w niedziele – zamiast spowiedzi – udzielali ogólnego rozgrzeszenia wiernym.
      Te niezgodne z duchem Kościoła, co niedziela powtarzające się praktyki, wprowadziły zdziwienie, lekceważenie sakramentu pokuty i lekkomyślne przy­stępowanie do Komunii świętej.
      Dlatego Arcybiskup bolał nad tym, a ból ten stał się bardziej przykry, gdy już internowany w Słupnie dowiedział się, że te „przybłę­dy” – jak ich nazywał – pozostają w kontakcie z biskupem Splettem z Gdań­ska, który dnia 12 kwietnia 1940 r. (jako administrator apostolski diec. chełmiń­skiej) przyjechał do Rypina i na miejscowej plebanii urządził z nimi konferencję duszpasterską; a przecież prawowity biskup płocki, aczkolwiek internowany, przebywał jeszcze w diecezji i przez swego wikariusza generalnego pozostawał w łączności z nią. 
W lipcu 1940 r. biskup Splett przysłał Arcybiskupowi do Słupna odpis pisma Nuncjatury Apostolskiej w Berlinie z dnia 22 czerwca 1940 r., którym nuncjatu­ra powiadomiła biskupa Spletta, że na skutek przedstawionych przez niego wy­jątkowo trudnych okoliczności, w jakich znaleźli się pod względem duszpasters­kim katolicy w dekanacie rypińskim, Ojciec święty zezwala na administrację tej części diecezji płockiej biskupowi Splettowi, lecz pod warunkiem, że uprzednio na każdorazowe swe zarządzenie uzyska zgodę Biskupa Płockiego. Arcybiskup 15 lipca 1940 r. odpisał, że wyraża zgodę na warunkową administrację, lecz 
nie może pominąć milczeniem faktu, że do tych parafii przyszli samowolnie jacyś kapłani bez misji kanonicznej, wprowadzając dziwne i niezgodne z nauką Koś­cioła katolickiego praktyki; parafie są w stanie opłakanym, parafianie nie słyszą słowa Bożego oraz nie mają okazji do odbywania sakramentalnej spowiedzi.
       Dnia 28 września 1940 r. biskup Splett, dziękując za wyrażoną zgodę na ad­ministrację, nie wspomniał nic jednak o podniesionym w piśmie z 15 lipca zarzu­cie. Wobec tego Arcybiskup 16 października tegoż roku stwierdził listem pole­conym, że zgodził się na administrację, lecz na warunkach, jakie zastrzegł Oj­ciec święty i od tego nie odstąpił. Nie ulega wątpliwości, że te dwa listy przeszły przez cenzurę niemiecką i zwróciły uwagę na treść i postawę, jaką zajął Arcybiskup w stosunku do bisku­pa Spletta.

Seminarium Duchowne w diasporze
        9 grudnia 1939 r. dotarła do Arcybiskupa, jeszcze przebywającego w Płocku, przykra wiadomość, że oddziały SS zajęły gmach Seminarium Duchownego, które we wrześniu, uszkodzone w jednym skrzydle przez spadający samolot wy­remontował i oddał do użytku w październiku.
     Przygarnięto również alumnów z innych seminariów. Nauka odbywa się nor­malnie, poprzedzona na wstępie rekolekcjami. Tymczasem zaraz po uroczystoś­ci NMP Niepokalanie Poczętej esmani obiegli gmach i zarekwirowali wszystko: bezcenne Archiwum Diecezjalne i bibliotekę, a stare akta metrykalne wywieźli w niewiadomym kierunku; mieszkańcom zaś nic nie dali wynieść: ani pościeli, ani sprzętu, ani książek, ani ubrania; wszystko to pozostało. Klerykom i profeso­rom kazano opuścić gmach natychmiast.       
Arcybiskup wydał polecenie profesorom, by wyjechali z Płocka, klerycy na­tomiast mieli udać się do swoich domów, uczyć się prywatnie i zgłaszać się do profesorów na kolokwia, pod względem zaś wychowawczym zalecono im pozo­stawać pod ścisłym kierunkiem swych proboszczów. W seminarium esmani za­mienili kaplicę na klub, zamazali napisy, na miejscu ołtarza zbudowali kominek z hitlerowskimi rysunkami; w ogrodzie zniszczyli pomnik Matki Boskiej z pias­kowca a krzyże porąbali. W tej akcji posługiwali się Żydami. Zabrali z katedry do gimnazjum im. Małachowskiego szaty liturgiczne i tam w nie przebrani, po pijackich ucztach, zwłaszcza w pierwsze piątki miesiąca, urządzali karykaturę nabożeństw kościelnych.
      Wywiezienie z Płocka do Słupna
      Po zarekwirowaniu Kurii (wraz z całym archiwum) i mieszkania biskupa Wetmańskiego, dnia 28 lutego 1940 r. o godz. 8 rano, gdy Arcybiskup w pokoju jadalnym spożywał śniadanie, esesmani otoczyli samochodami ciężarowymi dom biskupi, a kilku z nich weszło do jadalni; kazali mu iść za sobą na górę, do sy­pialni, gdzie nie pozwolono mu ruszyć się z miejsca. W tym czasie żołnierze ra­bowali różne rzeczy z biurka, przetrząsając komodę, szafy i biurko. Tak „gospo­darowali” do godziny 2. po południu. Około godz. 3. kazano dwóm siostrom pasjonistkom, które prowadziły gospodarstwo domowe, i siostrze pielęgniarce z zakładu Anioła Stróża wyjechać samochodem do Słupna; wzięły one niektóre z mebli, m.in. łóżko i otomanę. Przywieziono je do opuszczonej szkoły, pozba­wionej szyb. O godz. 4. przywieziono Arcybiskupa. Zabrano również biskupa Leona Wetmańskiego i kapelana ks. prałata Ludwika Wilkońskiego.
       Arcybiskup przyjechał bez czapki. Podczas podróży głowę nakrył peleryną płaszcza, który miał na sobie. Był spokojny i pogodny, tylko drżał z zimna, bo przemarzł w drodze, a w szkole było bardzo chłodno. Położono go zaraz do łóżka; a ponieważ brakowało dostatecznej ilości pościeli, przykryto dywanem. Przez całą noc nie mógł zasnąć.
      Zaraz rozeszła się w okolicy wieść o internowaniu Ordynariusza diecezji i umieszczeniu go pod strażą w szkole. Miejscowa ludność już na drugi dzień od­wiedzała go i wyrażała swe współczucie; wierni przynosili produkty żywnościo­we. Arcybiskup do każdego wychodził, a rozrzewniony okazywaną sobie życzli­wością i współczuciem każdemu serdecznie dziękował. 

Memoriał mariawitów
     Nazajutrz po wywiezieniu obu biskupów do Słupna, tj. 29 lutego 1940 r. Filip Feldman, biskup mariawicki, złożył powiatowemu kierownikowi partyjnemu NSDAP w Płocku odpis obszernego memoriału, w którym opisał genezę i histo­rię mariawityzmu. M.in. oskarżył duchowieństwo polskie, że podtrzymuje pol­skość głosząc, że Polska będzie katolicka albo jej wcale nie będzie, że ma w swo­im ręku prasę, wpływy itd.
    Feldman prosił niemieckie władze partyjne „o przyjęcie i pozostawienie” tego oskarżenia, a jako „Biskup Generalny Starokatolickiego Kościoła mariawi­ckiego” odpisy tego memoriału przesłał: arcybiskupowi Starokatolickiego Ko­ścioła w Holandii Rinkelowi, biskupowi starokatolickiego Kościoła w Szwajcarii doktorowi Alfredowi Kury'emu i biskupowi Erwinowi Kreuzerowi w Niem­czech, dołączając następujące słowa: Przewielebny Bracie! Z różnych gazetowych wiadomości, umieszczonych w prasie niemieckiej, do­wiadujemy się ze sprawozdań rozszerzanych przez Watykan o okropnych przej­ściach Kościoła Rzymsko-katolickiego ze strony Niemiec w Polsce. Dlatego chciałbym donieść o tym, co z własnego doświadczenia wiemy o podjudzaniach Kościoła Rzymsko-katolickiego.
      Tak więc Feldman w swym memoriale zaprzeczył temu, co już w roku 1940 Stolica Apostolska i Prymas Polski przez Radio Watykańskie podawali „o okro­pnych przejściach” w Polsce. Według niego nie było prześladowania Kościoła w Polsce.
      Dziwny to zbieg okoliczności: przywódca mariawitów stał się denuncjatorem duchowieństwa i Kościoła katolickiego w Polsce i to na szeroką skalę propagan­dową, już na drugi dzień po wywiezieniu i internowaniu biskupów płockich w Słupnie, o czym nie mógł nie wiedzieć, ponieważ od wkroczenia Niemców po­zostawał w bliskim kontakcie z landraturą w Płocku i jej urzędnikiem w wydziale kultury Schendlem. Złożył landraturze i Schendlowi na Boże Narodzenie i na Nowy Rok przyjacielskie pozdrowienia i z głębi płynące życzenia, a jego synowie poszli za przykładem ojca, potwierdzając życzenia efektownym gestem na rzecz Niemców. Adolf Schendel bowiem pismem z dnia 27 grudnia 1939 roku, zwróco­nym do obydwu chłopców: Klemensa i Filipa Feldmanów w Płocku, stwierdził:
     Starosta i Kierownik Okręgowy z Płocka upoważnił mnie, aby obydwu napisać, że się bardzo ucieszył z Waszego pięknego podarku gwiazdkowego dla biednych dzieci niemieckich. Przekazał te 20 RM. wójtowi w Białej, który te pieniądze po­dzielił między biedne dzieci niemieckie. Pan Starosta dziękuje Wam bardzo uprzejmie za Wasze dobre serce, życzy Wam i Waszym Rodzicom szczęśliwego Nowego Roku!  
  z up. ( - ) Adolf Schendel
Taki był, niestety, stosunek najwyższego zwierzchnika Kościoła mariawic­kiego do okupanta niemieckiego zaraz po jego wkroczeniu do Polski.
     Propaganda skierowana za granicę, do Niemiec, Szwajcarii i Holandii, była obliczona na oskarżenie duchowieństwa polskiego i zaprzeczenie gwałtom nie­mieckim, o których prasa, według Feldmana, wiedziała z nieprawdziwych ko­munikatów, pochodzących z Watykanu. (A więc Feldman przez swoje oskarże­nie stwierdził, że jednak Ojciec święty Pius XII odsłaniał światu to, co się u nas działo, chociaż usiłował temu zaprzeczyć...).

Warunki internowania w Słupnie

Na trzeci dzień po internowaniu przyjechał do szkoły w Słupnie lekarz nie­miecki i chciał zbadać stan zdrowia Arcybiskupa, na co tenże nie zezwolił, a wręcz odmówił; powiedział, że jego stałym lekarzem jest dr Piasecki z Płocka. Po kilku dniach lekarz niemiecki przybył ponownie w towarzystwie doktora Pia­seckiego, który zbadał Arcybiskupa i przepisał środki na wzmocnienie serca.
Warunki pobytu w Słupnie układały się znośnie: okoliczni wierni i księża do­starczali produktów żywnościowych, zwłaszcza ks. dr Wincenty Helenowski, proboszcz z Czermna. Po pewnym czasie zwinięto straż esesmanów, którzy pilno­wali internowanych i robili trudności w widzeniu się z nimi, żądając na to prze­pustek lub ograniczając czas trwania rozmowy. Zdaje się, że odtąd miejscowi koloniści niemieccy zwracali uwagę na to, co się w szkole dzieje: kto i jak często bywa. Arcybiskupa odwiedzali: siostry zakonne, księża i świeccy, tym bardziej, że tenże zawsze mile witał gości, pytał o wiadomości, a nawet domagał się, aby go odwiedzać. Spragniony był zwłaszcza najświeższych zagranicznych wieści ra­diowych. Ponieważ wypadki wojenne układały się niepomyślnie, a pobyt się dłużył, nasuwały mu się przykre refleksje. Mawiał, że w niewoli się urodził, że na chwilę tylko błyska niepodległość i znowu nadeszła okrutna niewola! Nie chciał się pogodzić z myślą, że w niewoli umrze, dlatego wciąż oczekiwał pomyślniejszych wiadomości, że Niemcy przegrywają, o to pytał, gdy ktoś przyjechał, aby się z nim spotkać.
Urzędnicy kurialni wyjechali z Płocka do Guberni i na parafie. Oficjał po zgonie ks. Mosielskiego, proboszcza i dziekana płockiego, wrócił ze stanowiska proboszcza i dziekana pułtuskiego i został mianowany proboszczem i dziekanem płockim. Wicekanclerz urządził biuro kurialne w zakładzie Anioła Stróża, zała­twiał bieżące sprawy i prawie co tydzień jeździł do Słupna, referując – jako wi­kariusz generalny – wszystkie ważniejsze sprawy i wypadki z diecezji od marca 1940 r. do 17 lutego 1941 r.; przywoził ofiary od duchowieństwa (cathedraticum), które chętnie składała diecezja na potrzeby Arcybiskupa i jego otoczenia w Słupnie.
A więc utrzymanie było zapewnione, niczego oprócz wolności, za którą Ar­cybiskup tęsknił, nie brakowało. Na zdrowiu czuł się doskonale, zwłaszcza od wiosny. Lepiej mu służyło suche powietrze w Słupnie, niż dawne pobyty na Antoniówce.

     Zaopatrzony we wszystko, co potrzebne, przez diecezjan i duchowieństwo, Arcybiskup myślą przenosił się do alumnów, zwłaszcza tych, którzy dostali się do Guberni i tam, najpierw u Księży Pallotynów w Ołtarzewie, a później w Se­minarium Duchownym w Kielcach i Sandomierzu, studiowali. Nie mogąc prze­słać im do Warszawy pieniędzy na bieżące potrzeby, zwrócił się do dziekana wy­szkowskiego, aby przebywającym w Guberni alumnom zastąpił wicerektora: roztoczył opiekę nad nimi i ich materialnymi kłopotami; polecił również, abycathedraticum z dekanatu wyszkowskiego było przeznaczone dla alumnów.
 Przewidując wywiezienie ze Słupna Arcybiskup zarządził wyświęcenie w Słupnie incognito ostatniego kursu. Było ich 16 w diecezji i 3 w Generalnej Guberni, u rodzin, do których udali się 9 grudnia 1939 r., po zajęciu Seminarium przez oddziały SS. Tym trzem wysłano litterae dimissoriae i otrzymali wszystkie wyższe święcenia z kapłaństwem włącznie w Kielcach.1
Do Słupna kolejno przy­bywali klerycy z diecezji; po kilku, by nie zwracać uwagi, i otrzymywali święce­nia subdiakonatu, diakonatu i kapłaństwa z rąk bpa Wetmańskiego w miejsco­wym kościele w marcu 1940 roku. Jako ostatni wyświęcony został ks. Józef Gosik w dniu 17 marca 1940 r. Wszyscy otrzymali nominacje na wikariuszy parafii, skąd pochodzili lub gdzie dotąd przebywali.
      Pod wpływem tej samej obawy, na wypadek ewentualnego wywiezienia, 6 marca 1940 r. Arcybiskup mianował swymi zastępcami w zarządzie diecezją: bpa Leona Wetmańskiego, ks. prałata Stanisława Figielskiego i ks. kanonika Wacława Jezuska.
 ***
     Dnia 2 czerwca 1940 r. w nocy zmarł nagle na atak serca ks. prałat Ludwik Wilkoński; internowany razem z biskupami jako kapelan Arcybiskupa, jego długoletni kapelan i przyjaciel, oddany mu całą duszą. Przed śmiercią prosił, aby pochowano go w Płocku, w grobowcu kapitulnym, w metalowej trumnie, a był tęgi i wysokiego wzrostu. Właściciel zakładu pogrzebowego w Płocku, któ­rego proszono o sprzedanie metalowej trumny dla ks. Wilkońskiego, odrzekł, że ma taką trumnę, dużych rozmiarów, lecz ukrył ją przed Niemcami i chowa dla Arcybiskupa na wypadek jego śmierci. Po naleganiach jednak ustąpił. (Tym­czasem Arcybiskup, który za życia przygotował sobie grób w katedrze, przy wej­ściu do chóru, a nawet ułożył napis na tablicy przykrywającej grób, nie wiado­mo, gdzie spoczywa; rozwiały się nadzieje na odnalezienie jego grobu i sprowa­dzenie ciała do Katedry...).
Ponieważ zgon ks. Wilkońskiego nastąpił w niedzielę, zebrało się dużo ludzi odwiedzających zmarłego, którego ciało złożono w jednej z sal szkolnych (szko­ła znajdowała się naprzeciwko kościoła parafialnego). Gromadzenie się ludzi przy szkole, gdzie przybywali internowani zwróciło uwagę miejscowych koloni­stów (folksdojczów), którzy z daleka „czuwali” nad mieszkańcami szkoły, gdy zwinięto straż wojskową i którzy zapewne przekazali wiadomość do Płocka.   
Wkrótce potem bowiem przyjechało gestapo: komendant, baron von der Than, jakiś oficer SS i p. Klocówna jako tłumaczka. Nieco przedtem przybyłem z dwo­ma lekarzami z Płocka: dr Beczkowiczem i dr Surzcem celem stwierdzenia zgonu ks. Wilkońskiego, by zwłoki przewieźć do Płocka. Baron von der Than, wysoki, siwy, szczupły mężczyzna, zdaje się w randze pułkownika, był nieco zdenerwo­wany gromadzeniem się ludzi, kazał wszystkim wyjść z pokoju i pozostał z bisku­pami. Uspokoił się, gdy mu powiedziano, że z racji zgonu katolickiego księdza wierni zawsze gromadzą się w celu pomodlenia się za zmarłego, tym bardziej, że to była niedziela i kościół mieścił się blisko.
      Baron dał Arcybiskupowi swój bilet wizytowy; oświadczył, że internowanie będzie trwało do końca wojny, rzucił na stół niemiecką gazetę z wiadomością o klęsce Francji i powiedział, że koniec wojny jest niedaleki, bo tylko Anglia nie została jeszcze pokonana. Pochwalił się, że miał w swym rodzie biskupów w Fuldzie.
     Ta nieoczekiwana i przykra wizyta w chwili żałoby zmęczyła Arcybiskupa. Jednak dzięki silnej woli szybko odzyskiwał równowagę i wracał do bieżących spraw, jakie napływały z diecezji; był nimi zaabsorbowany: one oraz regulamin dnia, którego przez całe życie przestrzegał, podtrzymywały go na duchu.
      Również w Słupnie wprowadził pewien porządek: codziennie o godzinie 7 rano odprawiał w domowej Kaplicy Mszę św. Biskup Wetmański chodził na Mszę św. do parafialnego kościoła. Po śniadaniu Arcybiskup wysyłał zazwyczaj kogoś do Płocka po zakupy i wiadomości. Dużo czytał, bowiem część biblioteki Niemcy przywieźli z domu biskupiego do Słupna. Oprócz dzieł z dziedziny litur­gicznej na jego biurku widziałem m.in. „Ziemia gromadzi prochy” oraz „Śladami Smętka”. Lubił również słuchać, gdy głośno czytały inne osoby.
     Częstymi gośćmi w szkole bywali: miejscowy proboszcz ks. Stanisław Nasi­łowski i ks. Stefan Caban, neoprezbiter, miejscowy parafianin i wikariusz. To byli nieodłączni domownicy, którzy swego Pasterza nie opuścili nawet w kryty­cznej chwili, gdy wywożono go do Działdowa; chociaż mogli ocaleć, nie uczynili tego ze względu na niego. Prawie codziennie brali udział w odmawianiu różańca i odbywaniu Drogi Krzyżowej; tych ćwiczeń Arcybiskup osobiście skrupulatnie pilnował.
      By mieć w domu biskupim w Płocku kogoś znającego język niemiecki na wy­padek „wizyt” władz okupacyjnych Arcypasterz powołał na swego kapelana ks. prof. Adama Zaleskiego, który po pewnym czasie przeniósł się do Słupna. Po śmierci ks. Wilkońskiego został stałym kapelanem. Żywy, pogodny, ruchliwy, uczynny, pełen inicjatywy i towarzyski umiał we wszystkim dogodzić Arcybisku­powi i był jego dobrym opiekunem: jeździł chętnie i często do Płocka, załatwiał różne sprawy, a, co najważniejsze, zawsze przywoził wiadomości radiowe oraz sporo niemieckich gazet, których zawartość relacjonował po obiedzie i po kola­cji.
     Zbliżał się dzień prekonizacji Arcybiskupa, 12 czerwca, i imienin – 13 czer­wca; solenizant zaraz po pogrzebie i przykrej wizycie gestapo snuł projekty no­minacji kanonickich na zbliżające się uroczystości, biorąc pod uwagę wizytę w tymże dniu kanoników i prałatów kapitulnych: Piotra Dmochowskiego, Adol­fa Modzelewskiego, Franciszka Klimkiewicza, Józefa Michalaka i Stanisława Figielskiego.
     Postanowił wyróżnić ks. Adama Zaleskiego: mianował go honorowym kano­nikiem katedralnym, dał mu swój dawny pierścień i krzyż kanonicki. Ks. Zaleski cieszył się bardzo i był dumny z tego odznaczenia.
     Na uroczystość prekonizacji i imienin, obchodzoną w przykrych warunkach internowania, przyjechała kapituła, siostry zakonne zgromadzeń płockich oraz świeccy znajomi; ks. dr Helenowski przywiózł zapasy produktów, wędlin, ciasta, podobnie jak siostry zakonne. Arcybiskup zapomniał o przykrościach. Wszyst­kich podejmował, pytał o wieści, sam odczytywał listy, które otrzymał na uro­czystość imieninową od księży z diecezji, z Generalnej Guberni oraz od Prymasa Polski z Rzymu. Dla zatarcia śladów, że są to wieści od Prymasa, ks. Antoni Baraniak podpisał się w listach: Bara Gnak. Nadszedł też list od biskupa Oko­niewskiego, który skarżył się na przykrości tułaczki za granicą.
      W styczniu 1941 r. miał Arcybiskup miłą wizytę z Łodzi; przyjechał kapelan biskupa Jasińskiego z listem, w którym rządca diecezji łódzkiej pisał, że Ojciec Święty, Pius XII pytał o arcybiskupa Nowowiejskiego: gdzie przebywa, w jakich warunkach, jak się czuje, jaki jest stan jego zdrowia. Ta wiadomość bardzo ucie­szyła i rozrzewniła Arcypasterza (Zrozumie to każdy kapłan diecezji płockiej, który znał przywiązanie Arcybiskupa do Stolicy Apostolskiej i jego głęboką cześć dla Papieża. Był to biskup o wysokim poczuciu swej godności i ścisłej zale­żności od Ojca Świętego).
     Dużą pociechą dla niego podczas internowania w Słupnie było także regularnie nadsyłane pod jego adresem „Osservatore Romano”, z którego tłumaczono mu różne artykuły i wiadomości. Dziękował redakcji za to dobrodziejstwo; pisał, że dzięki temu pismu śledzi bieżące życie Kościoła oraz jest w stałej łączności z nim. Przeglądając „Osservatore Romano” lub słuchając sprawozdań osób, które je skrzętnie czytały, Arcybiskup zaznaczał zarządzenia, niektóre ważniejsze artykuły, polecał je tłumaczyć i w ten sposób gromadzić ma­teriał do „Miesięcznika Pasterskiego”. (Dowodzi to żywotności Pasterza i jego troski o przyszłość. Nigdy nie żył tylko bieżącą chwilą, lecz przez całe swe życie snuł plany i projekty; to samo było w czasie internowania). Radość z racji otrzy­manego pisma uzupełniał Prymas Polski, który dwukrotnie przez swego kapela­na zaszczycił Arcybiskupa listem z Rzymu.
       Umrzeć i iść do Jezusa
       Przyjeżdżali do Słupna księża i siostry zakonne nie tylko po to, by odwiedzić Arcypasterza, lecz i zasięgnąć jego rady w różnych trudnościach i niespodzian­kach wojennych. 16 lutego przybyły siostry pasjonistki z Płocka, aby poradzić się w następującej sprawie: jeden z oficerów SS chciał koniecznie zabrać do ob­sługi swej żony młodą siostrę Edwardę Mikównę. Przed wojną pracowała ona w Seminarium Duchownym, w którym siostry pasjonistki prowadziły dział gos­podarczy i kuchnię. Po zajęciu seminarium przez oddziały SS oraz usunięciu kle­ryków i profesorów Niemcy zatrzymali siostry i zmusili je, aby nadal prowadziły gospodarstwo, gotowały i obsługiwały oficerów. Jeden z nich o nazwisku Sper­ling oświadczył siostrze Edwardzie, że musi stanowczo jechać z jego żoną do Niemiec i być jej pomocą domową. Przerażone tym przełożone przybyły do Słu­pna, aby prosić Arcypasterza o pomoc. Po wysłuchaniu przełożonych i zaintere­sowanej siostry, która prawie nic nie mówiła, Arcybiskup radził wyczerpać wszystkie preteksty do zatrzymania siostry w Płocku, a jeśli to zawiedzie – oświadczył – musi ona stać się ofiarą niewoli. Lecz Bóg na pewno będzie się nią opiekował i sprawi, że po jakimś czasie powróci. Gdy rozmawiałem wtedy z sio­strą Edwardą w Słupnie i pytałem, czy chce jechać, czy raczej pozostać, nic na to nie odpowiedziała, tylko wydała mi się dziwnie spokojna i pogodna; można było ją posądzić o chęć wyjazdu... Tak również sądził biskup Wetmański. Tym­czasem w jej duszy zapadło inne postanowienie. Zbliżał się termin podróży wy­znaczony na 4 marca 1941 r. Sperling przygotował wszystko, co potrzebne: po­starał się o suknie, obuwie, bieliznę i przybory kosmetyczne. Siostry były coraz bardziej zaniepokojone, tylko siostra Edwarda zachowywała spokój. Całkowi­cie zaufała Bogu, iż jej nie opuści nawet wtedy, gdy już będzie w pociągu. I nie zawiodła się: 1 marca nagle ciężko zachorowała. Niemcy nie dopuścili kapłana z Komunią Św. Przełożona odwiozła ją do szpitala. Tu mogła codziennie łączyć się z Chrystusem w Eucharystii, która była dla niej jedyną pomocą w ciężkiej chorobie.
     Lekarze nie stwierdzili niebezpieczeństwa; orzekli, że to tylko zapalenie płuc. Na pytanie, czy chce wyzdrowieć i wyjechać, czy raczej umrzeć, odpowie­działa: „Umrzeć i iść do Jezusa”. Gdy nadszedł dzień 4 marca, siostra Edwarda przyjęła Chrystusa w Komunii świętej i połączyła się z Nim na zawsze.
     Niemcy byli zdziwieni nagłą i niespodziewaną śmiercią siostry Edwardy i to w dniu wyznaczonym na jej wyjazd i posądzili siostry, że to one, celem uchronie­nia jej od wyjazdu otruły zakonnicę. Zażądali więc sekcji zwłok, która jednak niczego podejrzanego nie wykazała, co wprawiło ich w zdumienie. (Czyż nie była to wyraźna interwencja Boża w zachowaniu tej siostry, która tak mocno zaufała Bożej dobroci?).
      Na drugi dzień po wizycie sióstr pasjonistek, 17 lutego dotarła do Słupna smutna i przygnębiająca wieść; przywiózł ją ks. Caban: Niemcy wywożą ludność z Płocka, w tym księży do Działdowa; szukając ks. Wacława Jezuska byli kilka­krotnie w Zakładzie Anioła Stróża. W brutalny sposób aresztowali księży prała­tów: A. Modzelewskiego, P. Dmochowskiego, J. Michalaka i F. Klimkiewicza, rektora Seminarium Duchownego oraz ks. Jana Szydłowskiego, profesora Semi­narium i ks. Antoniego Kuśmierczyka, dyrektora Diecezjalnego Instytutu Bractw i Stowarzyszeń Religijnych. Niektórych przy wchodzeniu do ciężarowe­go auta pobili. Bardzo to przygnębiło Arcybiskupa, gdyż byli to jego najbliżsi współpracownicy na różnych odcinkach życia w diecezji. (Ja ocalałem jedynie dlatego, że na kilka dni przed wywiezieniem księży z Płocka zostałem wezwany listem do Słupna. Przyjechałem, jak zwykle, w przeświadczeniu, że widocznie zaszły jakieś sprawy wymagające wyjaśnień. Tymczasem biskup Wetmański oświadczył mi, że mam spędzić w Słupnie kilka dni, aby odpocząć. Byłem zdzi­wiony wezwaniem bez powodu.
Właśnie w dniach mego pobytu w Słupnie nastą­piły aresztowania. Przyszli z listą i po mnie do Zakładu; dowiedzieli się, że je­stem w Słupnie. Uprzedził ich ks. Caban przybywając z Płocka na rowerze, a biskup Wetmański z ks. Stanisławem Nasiłowskim odwieźli mnie incognito końmi kilka kilometrów od Słupna, do Święcieńca, gdzie ocalałem; biskupów zaś wywieziono nieco później...
      Arcybiskup utrwalił swój roczny pobyt w Słupnie w aprobacie, jakiej udzielił na dodatku do najnowszego wydania „Missae propriae dioecesium Poloniae” w nowym opracowaniu ks. prałata Józefa Michalaka, dokonanym na prośbę firmy Pustet, która za mozolną pracę autora przysłała mu wojenne wydanie brewiarza w cenie 60 marek, a miała przysłać brewiarz w najlepszym wydaniu. Na tej apro­bacie Arcypasterz umieścił własnoręcznie słowa: Słupno-Plociae, die 8 Januarii 1941 an.
     Słupno i Ostrów Mazowiecka

W końcu 1939 r. Nuncjatura Apostolska w Berlinie z woli Stolicy św. powie­rzyła Arcybiskupowi administrację tej części sąsiedniej diecezji łomżyńskiej, która znalazła się pod okupacją niemiecką, pozostałe bowiem tereny diecezji były po stronie rosyjskiej. W ówczesnych warunkach nie było można dowiedzieć się, co dzieje się w okolicy Myszyńca i Ostrołęki oraz czy księża przebywają w parafiach. Udało się tylko stwierdzić, że sędziwy ks. kan. Sawicki żyje i miesz­ka w Myszyńcu. Zresztą wkrótce potem Arcybiskup został wywieziony z Płocka i internowany w Słupnie i na razie pozostawał pod strażą gestapo, którego poste­runek mieścił się w szkole, a płocki komendant gestapo, von Paris często składał wizyty i sprawdzał, czy wszystko jest w porządku. Występowały liczne trudności w kontaktowaniu się z duchowieństwem diecezji płockiej, a tym bardziej z odle­głym terenem diecezji łomżyńskiej. Dlatego przez cały rok formalnego sprawo­wania tejże administracji Arcybiskup nie wykonał żadnego aktu prawnego.
     Widocznie nuncjatura nie zdawała sobie racji z naszego położenia. Mając to na uwadze Arcybiskup prosił nuncjusza w Berlinie (już nie pamiętam, jaką dro­gą), by delegowano do Płocka ks. prałata dra Karola Colli, przedwojennego radcę nuncjatury w Warszawie. Łomżyńska administracja pozostawała więc tyl­ko na papierze, lecz z tej okazji nawiązała się serdeczna korespondencja Arcybi­skupa z bpem Tadeuszem Zakrzewskim, sufraganem łomżyńskim, rezydującym wtedy w Ostrowi Mazowieckiej. Skoro tylko Arcypasterz dowiedział się o tym, przesłał odpis swej korespondencji z nuncjaturą do Ostrowi dodając, że już nie rezyduje w Płocku, lecz wraz ze swym biskupem pomocniczym przebywa w Słupnie. Nic więcej nie wspomniał w obawie, że korespondencja może nie do­trzeć do adresata. Na to pismo z listopada 1940 r. otrzymał w połowie grudnia list, w którym bp Zakrzewski stwierdził m.in.:
     List Waszej Ekscelencji sprawił mi specjalną radość, gdyż z niego widzą, że W.E. czuje się na siłach. Niejednokrotnie o Waszej Ekscelencji tu mówimy i wspominamy z moim gospodarzem Ks. Ciesielskim. Ja sobie tu radzę, jak mogę...
     Dowody życzliwości okazywane mu podczas internowania w Słupnie, rozrze­wniały Arcybiskupa, dlatego zaraz po otrzymaniu tego listu odpisał nań 17 grudnia 1940 r., na tydzień przed Bożym Narodzeniem:
      Wasza Ekscelencjo! Za list i życzenia – wielkie Bóg zapłać. W tych czasach szczególnych składam Wa­szej Ekscelencji szczególne też życzenia, jakimi napełnione jest serce nasze i serce Waszej Ekscelencji. Do zobaczenia w zdrowiu i szczęściu w najbliższej przyszło­ści...
      Krótki w treści list jest świadectwem nastroju Arcybiskupa: usilnie czekał końca wojny, pragnął dożyć wolności, aby w zdrowiu i szczęściu, i to w najbliż­szej, czyli niedalekiej przyszłości, osobiście zobaczyć się z biskupem Zakrzew­skim. (Obaj biskupi nie domyślali się wtedy swych przyszłych kolei życia: już nie Arcybiskup, lecz jego osierocona diecezja powitała biskupa Tadeusza Za­krzewskiego jako ordynariusza, który przejął bogatą spuściznę 33 lat rządów po­przednika).
      Aresztowanie w nocy i wywiezienie
      Ostatniego lutego lub 1 marca 1941 r. na skutek zarządzenia gminnego urzę­du niemieckiego spisano wszystkich mieszkańców szkoły: obu biskupów, ks. kan. Zaleskiego, siostry pasjonistki prowadzące gospodarstwo i siostrę pielęg­niarkę. Po wywiezieniu księży z Płocka w dniu 17 lutego słusznie spodziewano się, że ten spis pozostaje w związku z projektem opuszczenia Słupna. Namawia­no ks. Zaleskiego, żeby wyjechał, lecz odmówił. Powiedział, że nie zrobi tego ze względu na Arcybiskupa, którego nie może opuścić. Na plebanii „na górce” przebywał alumn Izydor Kępczyński. Pod kierunkiem biskupa Wetmańskiego odprawiał w tym czasie rekolekcje przed święceniami. Przyjął subdiakonat i go­tował się do święceń diakonatu. Tymczasem w nocy około 1 z czwartku na pią­tek (z 6 na 7 marca 1941 r.) otoczono plebanię i zabrano ks. proboszcza S. Nasi­łowskiego i ks. S. Cabana, wikariusza. (Subdiakon I. Kępczyński uratował się ucieczką). To samo powtórzyło się w szkole ok. godz. pół do drugiej w nocy.
      Mimo otoczenia plebanii i szkoły księża parafialni, ks. A. Zaleski i bp L. Wetmański mogli skorzystać z ciemności i zamieszania oraz uniknąć areszto­wania i wywiezienia, jednak nie uczynili tego — jak sami wtedy oświadczyli jed­nej z sióstr zakonnych – ze względu na Arcybiskupa, któremu towarzyszyli później podczas podróży do Płocka.
      Aresztowanie nastąpiło więc w nocy. Ponieważ nie zdołano szybko otworzyć drzwi (lokaj nie wiedział, kto się tak gwałtownie dobija), żandarmi wraz z miej­scowymi kolonistami wyważyli je i kazali wszystkim w ciągu 15 minut ubrać się oraz zabrać zmianę bielizny. Arcybiskup zapytał żandarmów, jakim prawem to czynią, skoro baron von der Than w dniu 2 czerwca ub.r. zapewnił, że interno­wani pozostaną w Słupnie do końca wojny. Lecz ci nie zwracali uwagi na pytania i naglili do pośpiechu. Każdy z księży sam się ubierał, zabierając niezbędne rze­czy. Jeden z żandarmów wymierzył do Arcybiskupa z karabinu ponaglając go, by się śpieszniej ubierał. Arcybiskup odrzekł na to: Jestem stary, mam 84 lata, czego wy chcecie ode mnie?
Biskupa Wetmańskiego jeden z młodych kolonistów uderzył kijem „zachęca­jąc” go do pośpiechu.
      Podróż ze Słupna do Płocka

Przed szkołą stały trzy wozy konne. Na jednym wozie umieszczono Arcybiskupa, ks. S. Nasiłowskiego i ks. S. Cabana, a na drugim Biskupa Sufragana i ks. A. Zaleskiego. Pojechali do Borowiczek, koło Imielicy, do gminy, gdzie już przedtem zwieziono wielu ludzi. W sali panował tłok. Wśród tłumu znajdowały się siostry zakonne; ks. proboszcz Władysław Skierkowski z Imielnicy siedział na słomie. Gdy spostrzegł wchodzącego Arcybiskupa, podbiegł do niego i posadził go na tym barłogu; wszyscy bowiem stali, nie było mowy o siedzeniu wobec panującego ścisku. Wszyscy, wyrwani gwałtem z nocnego spoczynku, przy ciągłym krzyku żandarmerii i braku powietrza, czuli się okropnie. Po kilku godzinach wywieziono ich wozami do Imielnicy i kazano czekać na mrozie przy kościele. Tu zwolniono lokaja Arcybiskupa, Bolesława Kwiatkowskiego, kazano mu iść do Słupna i pilnować dobytku w szkole. Ks. W. Skierkowski był bardzo przygnębiony. Do Arcybiskupa zbliżył się jakiś starzec spośród uwięzionych; całował go i płakał jak dziecko. Siłą go oderwano, co Arcybiskupa mocno rozrzewniło.
Po uwięzionych wysłano ciężarowe samochody, które miały zawieźć ich do Płocka. Czekano na zimnie przez dwie godziny. Już zaczynało świtać. Wśród żandarmerii panowało zniecierpliwienie. Okazało się, że chcieli oni pod osłoną nocy dowieźć aresztowanych do miasta. Ponieważ auta nie nadjeżdżały, sprowadzili furmanki. Dopiero między Imielnicą a Płockiem dokonała się zmiana środka lokomocji: znowu zsiadanie i wsiadanie, które ze względu na wiek Arcybiskupa i zmęczenie nie było łatwe. Przy pojazdach panował tłok; każdy chciał się dostać wcześniej, a ponieważ ludzi było wielu. Pijani Niemcy wciąż podnosili krzyk. Ktoś spostrzegł, że Arcybiskup stoi i ofiarował mu swoją walizkę, by na niej usiadł. W ścisku aresztowani dotarli do Płocka około 9 rano. Ludzie gromadzili się na ulicach, patrząc, iż żandarmi wiozą biskupów, księży, zakonnice i wielu innych. Nikt jednak nie mógł podejść. Biskupów i księży osadzono w podziemiach magistratu, w tak zwanym maglu, a zakonnice i świeckich zaraz wysłano ciężarówkami do Działdowa.
Do piwnicy magistrackiej zwieziono księży z całego powiatu płockiego. W mieście powstało poruszenie i  przygnębienie. Pozostawiono tylko księży przy farze: proboszcza i wikarego.
W takich warunkach przebywali biskupi i księża od piątku do soboty, do godz. 6 rano. Do ubikacji księża mogli iść tylko w eskorcie esesmanów.
Siostry magdalenki przysłały uwięzionym jedzenie, lecz nie wiadomo czy dotarło ono do więźniów. Esesman, który otrzymał łapówkę twierdził, że oddał pokarmy Arcybiskupowi. Nikogo tam bowiem nie wpuszczano. Z przeciwnej strony korytarza magistrackiego córka kościelnego od fary dostarczyła kilka bochenków chleba dla księży. Zaraz po przyjeździe biskupów ze Słupna, jeszcze na podwórzu magistrackim, udało się jednej z sióstr magdalenek dotrzeć do Arcybiskupa, który w kilku słowach powiedział jej o okolicznościach aresztowania.

W drodze do Działdowa

W sobotę rano o godz. 6 przed budynek magistratu, od strony ulicy Zduńskiej, zajechały samochody ciężarowe: jeden z nich był już przepełniony księżmi, biskupów poprowadzono do drugiego samochodu, podając krzesło i taboret przy wsiadaniu. Biskup Wetmański z ks. Cabanem pomagali Arcybiskupowi, który usiadł na taborecie, inni zaś stali, więc Arcybiskupa nie było widać. Obok niego znajdowali się ks. Nasiłowski i ks. Caban; ks. Zaleski z biskupem Wetmańskim byli przy końcu samochodu, przy samej klapie. Jedna z sióstr służek, której udało się dotrzeć do pierwszego auta i wręczyć księżom trzy bochenki chleba, podbiegła również i do Biskupa Sufragana z chlebem, który podziękował jej za pomoc, mówiąc, że ma chleb w walizce; wskazał tylko na spieczone usta, dając do zrozumienia, że jest spragniony i chciałby pić. Był bardzo zmęczony. Zapytał siostrę, czy wszyscy księża zostali aresztowani i kto pozostał w mieście; pytał też o siostry zakonne. Coraz więcej ludzi zaczęło się gromadzić, zbliżył się esesman, strzelił w górę i wszyscy się rozpierzchli. Przez cały czas, gdy samochód jechał przez miasto, biskup Wetmański stał i błogosławił przechodzących.

Dlaczego Arcybiskupa wywieziono do karnego obozu w Działdowie?


Co spowodowało wywiezienie obu biskupów do ciężkiego obozu w Działdowie, z którego nikt żywy nie wyszedł, ani oni, ani żaden z księży umieszczonych tam w dwóch etapach: 17 lutego i 7 marca 1941 r.?
Trudno dać odpowiedź na to pytanie. Uwagę gestapo zwróciła zapewne korespondencja Arcybiskupa z nuncjuszem w Berlinie, przesłana przez kapelana wojskowego, która spowodowała jesienią 1939 r. interpelację gestapo w Kurii, na jakie przeszkody natrafia Arcybiskup w rządach diecezją. Na pewno przeszły przez cenzurę dwa listy pisane do biskupa Spletta w Gdańsku, przesłane pocztą, w których Arcybiskup zajął krytyczne stanowisko wobec zarządzeń biskupa gdańskiego w dekanacie rypińskim. Mogła przyczynić się do tego również akcja pastora Schendla, któremu udało się zapisać na konto Arcypasterza „Głos Mazowiecki” i wszystko to, co o akcji szpiegowskiej pastora pisał ten dziennik. Nie mogła nie oddziałać akcja Filipa Feldmana, oskarżającego duchowieństwo katolickie zaraz na drugi dzień po internowaniu biskupów w Słupnie.
Zwracały też uwagę częste wyjazdy różnych osób duchownych i świeckich oraz sióstr zakonnych odwiedzających Arcybiskupa w Słupnie.
Która z tych okoliczności okazała się najważniejsza, tego nie wiadomo. Najprawdopodobniej zadziałały wszystkie razem. Arcybiskup nie wierzył w taki koniec swego pobytu w Słupnie, zwłaszcza kiedy 2 czerwca 1940 r. wysoki dygnitarz gestapowski, baron von der Than zapewnił go, że pozostanie w Słupnie do końca wojny i na dowód lojalności pozostawił swój bilet wizytowy.
Biskup Wetmański przypuszczał, że wywiezienie nastąpi i często mówił o tym; gdy aresztowano księży z Płocka w dniu 17 lutego, a później spisano mieszkańców szkoły w Słupnie, był o tym przekonany. Arcypasterzowi o tych przypuszczeniach nie mówiono jednak, by go nie martwić.
Deportacja biskupów rozeszła się szybko po całej diecezji i wywołała bolesne wrażenie – poczucie osierocenia. Wszystkich ogarnął lęk, co będzie dalej. Dotąd bowiem, mimo internowania biskupa, istniały ograniczone możliwości komunikowania się z nim i załatwiania wielu spraw.
Rządy w diecezji objął ks. prałat Stanisław Figielski, którego pozostawiono w Płocku wraz z ks. wikariuszem Sewerynem Wyczałkowskim, jako duszpasterzy przy kościele farnym – jedynej nie zamkniętej świątyni w mieście.


1 Jednym z trzech alumnów, o których mowa, był obecnie 96-letni ks. kan. Marian Olkowski, emerytowany proboszcz parafii w Staroźrebach (diecezja płocka). 

Opr. A. Matyszewski

[na podst.: ks. dr Wacław Jezusek, Męczeński koniec Arcybiskupa Antoniego Juliana Nowowiejskiego, Biskupa Płockiego (1858-1941), Płock 1947, s. 7-31; por. tenże, w: A. Suski, W. Góralski, T. Żebrowski (Red.), Arcybiskup Antoni Julian Nowowiejski (1908-1941), Płock 1991, s. 455-469]
[fotografie wykorzystane w artykule za: GW, archiwum parafii p.w. św. Marcina w Słupnie oraz Archiwum PIW]

wtorek, 8 marca 2011

Kard. Cañizares: co się stało z posoborową liturgią?

Musimy odnawiać liturgię według zamysłu Kościoła i Soboru Watykańskiego II !


  "Benedykt XVI powołując mnie do Watykanu, polecił mi krzewić szeroki i dynamiczny ruch liturgiczny, by przywrócić prawdziwe znaczenie liturgii i odnowić jej ducha w Kościele" – powiedział kard. Antonio Cañizares Llovera w wywiadzie dla hiszpańskiego tygodnika Vida Nueva. Jego obszerne fragmenty zostały zamieszczone w watykańskim dzienniku L’Osservatore Romano. Prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów zauważa, że posoborowa liturgia pozostawia wiele do życzenia. Nadszedł czas, aby postawić pytanie o to, co stało się z liturgią po soborze. Właściwa odpowiedź wymaga szczerości i pokory – zaznacza. Co stało się na przykład z wielkim wezwaniem Soboru, by liturgia była źródłem i szczytem życia chrześcijańskiego? Czy naprawdę posoborowe przemiany były zgodne z wolą Soboru? – pyta szef watykańskiej dykasterii, zaznaczając, że nie są to jedynie pytania retoryczne.

Zapytany, czy w dziedzinie liturgii Kościół nie robi przypadkiem kroku wstecz, kard. Cañizares zaznacza, że nie wszystko, co wydawało się być postępem, rzeczywiście nim było. „W moim przekonaniu musimy uznać, że liturgia nie jest dziś „duszą” życia wielu chrześcijan, zarówno świeckich, jak i kapłanów. Ileż jest w niej rutyny, miernoty, banalizacji i płytkości. Na Mszach brak skupienia albo uczestniczy się w nich bez właściwego przygotowania. Stąd też nasza słabość” – podkreśla szef watykańskiej dykasterii. W jego przekonaniu jednym z najpilniejszych zadań jest uświadomienie wiernym, że liturgia jest w pierwszym rzędzie dziełem Boga i że tylko Bóg, Jego „rewolucja” może odmienić świat.

Przywrócenie liturgii właściwego jej charakteru i miejsca jest zdaniem hiszpańskiego kardynała niezbędne, by Kościół mógł sprostać czekającym go misjom. Chodzi tu zwłaszcza o zadanie nowej ewangelizacji w zsekularyzowanym świecie, w którym Bóg praktycznie przystaje być obecny. Tymczasem to właśnie liturgia jest tym miejscem, w którym stajemy wobec samego Boga – zaznacza hiszpański purpurat. 

Wyraził on również zadowolenie z zmian strukturalnych w Kurii Rzymskiej. Zapowiadane już motu proprio Benedykta XVI odciąży Kongregację ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, przekazując część kompetencji innym dykasteriom. „Tym samym będziemy mogli więcej energii zaangażować w samą liturgię i postulowaną przez Papieża odnowę ruchu liturgicznego. Dzięki temu będziemy też mogli powołać do życia nową sekcję, która zajmie się muzyką liturgiczna i sztuką sakralną” – podkreślił kard. Cañizares. Zaznaczył, że kluczem postulowanego dziś „reformowania reformy liturgicznej” musi być autentyczne nauczanie Soboru oraz magisterium papieży, odczytywane zgodnie z hermeneutyką ciągłości, o którą zabiega Benedykt XVI.

(żródło: Bollettino Radio Giornale del 06/03/2011)

czwartek, 3 marca 2011

Pożegnanie Misjonarza. Ksiądz Marek Rybiński SDB (1977-2011)

Gdy nagle odchodzi ktoś formatu księdza Marka i to w tak dramatycznych okolicznościach, w sercu przeciętnego katolika rodzi się myśl - jaka bezensowna śmierć. Ledwie zasmakował kapłaństwa, ledwie rozpoczął dzieło pozyskiwania młodych dusz dla Chrystusa...
SANTO SUBITO!

Jest sobota 19 lutego 2011 roku. Po pracy wracam wieczorem do domu. Włączam radio w samochodzie - o tej porze nadają z Watykanu. Słyszę: "w Tunezji zamordowano polskiego misjonarza, księdza Marka Rybińskiego". Nie dodali, że chodzi o salezjanina, więc nie mam pewności, że to "Ryba", którego poznałem przed ponad 10 laty na rekolecjach wspólnoty "Saruel" w Starym Sączu. Z resztą pierwsze słyszę, żeby wyjechał na misje. Wpadam do domu, biegnę do internetu... mój Boże, to jednak On...     
***
Marcowy poranek 2 marca. Słońce rzadko o tej porze roku świeci tak intensywnie. Nic, tylko się cieszyć, a jednak dziś wyjątkowo trudno. Wyruszamy ze znajomymi do Warszawy na uroczystości pogrzebowe. Nie specjalnie rozmawiamy o celu naszej podróży, nieprzypadkowo chyba zostawiąc sobie czas do refleksji na później. Przed 11. jesteśmy w bazylice na Kawęczyńskiej. Dawno mnie tu nie było. Dołączamy do sporej grupy czuwających... "Zdrowaś Maryjo...módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę naszej śmierci..." Jeszcze tylko jutrznia za zmarłych w wykonaniu chóru z Lutomierska zakończona pięknym śpiewem po łacinie - Angelus Domininuntiavit Mariae  - "Anioł Pański zwiastował Pannie Maryi". To ta sama modlitwa, z którą na ustach wychodził wraz z współbraćmi po każdym obiedzie w nowicjackim Czerwińsku...
Rozpoczęła się Msza święta... a po Komunii intensywne światło słoneczne, przebijające się przez witraże, wypełniło okolice prezbiterium. Pan Bóg daje znać? Chciałoby się powiedzieć - tak, i mówi: "To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie" (Mt 3, 17).
Patrzyłem na dziesiątki obecnych w kościele księży salezjanów i pomyślałem - zabrano najlepszego - przodownika w pracy kapłańskiej i misyjnej. Jakże niecodzienne to misje! Pójść za Chrystusem i nie móc Go otwarcie głosić niewierzącym z powodu odgórnego zakazu. Jakże jego serce musiało się zżymać wskutek tej niespotykanej niewoli sumienia. Cóż pozostało? - świadczyć o Bogu swoim życiem i postępowaniem, co z pewnością czynił wzorowo.
Osierocił setki młodych Tunezyjczyków i ich rodziny, osierocił tysiące w kraju, stając się męczennikiem trzeciego tysiąclecia!

     Z zakonnikami do domu     Do Płocka wracam teoretycznie sam, bo w rzeczywistości z samochodowego odtwarzacza wylewają się do ucha
i serca piękne śpiewy sakralne w wykonaniu moich towarzyszy podróży - mnichów z Francji. Niespotykane wyczucie piękna połączone z subtelnością męskich głosów i delikatnym brzmieniem organów. Śpiewają w języku, którym posługiwał się ksiądz Marek w rozmowach z powierzoną mu dziatwą. Rozmyślam o jego pracy w Tunezji, o tym, co wczoraj, co dziś i co jutro. Biorę do ręki różaniec i zastanawiam się: modlić się za zmarłego salezjanina, czy prosić o jego wstawiennictwo?
Dziesiątki myśli cisną się do głowy... Oczyma wyobraźni wchodzę w scenerię tego okrutnego mordu. Magazyn szkolny, ciosy zadawane Salezjaninowi tępym narzędziem przez islamskiego siepacza, który definitywnie kończy życie księdza Marka, podrzynając Mu gardło... bo nie miał z czego oddać długu; konający w kałuży krwi Sługa Chrystusa...
Czy zdołał przed śmiercią przebaczyć swojemu oprawcy? Czy zanim wyzionął ducha, zdążył westchnąć: "Panie Jezu, przyjmij mnie do siebie"? Czy widział Zastępy Anielskie zstępujące po jego duszę od Tronu Najwyższego? Czy uśmiechała się do niego Niepokalana Maryja - Wspomożycielka? Czy św. Jan Bosko, w tej ostatniej chwili życia, chwycił go mocno za rękę? Wierzę, że widział jeszcze więcej i piękniej. Dziś widzi na pewno to, czego "ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują" (1 Kor 2,9).

    Wielka Trójka
 Saruela 

    
Z rozrzewnieniem wspominam młodzieńcze kontakty z Saruelem. Cała masa świetnych, boskich ludzi. Wielu z nich odeszło, pogubiło się, wielu trwa na posterunku po dziś dzień. Strażnikiem duchowości salezjańskiej był niewątpliwie ksiądz Marek, który żegnając się z tym łez padołem dołączył do dwójki innych wspaniałych ludzi, przyjaciół Świętego z Turynu, których Pan zechciał zabrać po ludzku za wcześnie. 
Prawie od samego początku wspólnotę ewangelizacyjną "Saruel" tworzył Robert Marchlewski. To był Gość! Wiele bym dał, aby cofnąć czas i choć przez chwilę znowu porozmawiać z nim o Bożych sprawach, o trudnościach w docieraniu do młodych ludzi, którym w starosądeckich czasach animatorowaliśmy, a także po prostu pośmiać się z nim. Oj, z Robertem to naprawdę można było z głębi serca nacieszyć się życiem. Pamiętam, jak wielokrotnie śmialiśmy się do rozpuku. I nie było to śmiech pusty, głupkowaty, z byle czego, ale radocha Bożych Dzieciaków, żyjących niesłabnącą nadzieją, że ich imona zapisane są w Księdze Życia... Robert zmarł przed ponad trzema laty, nie wybudził się ze śpiączki po wypadku samochodowym. Osierocił córkę, pozostawił żonę, Alę - Bożą Kobietę. Pamiętam, że przypadło mi kiedyś w udziale tworzyć z Alą duet ewangelizacyjny (mogły to być wakacje roku 1994).Z woli 'przełożonych salezjańskich' prowadzących rekolekcje w Starym Sączu chodziliśmy od domu do domu i szukaliśmy zaczepki:). 
[Obok-panorama St. Sącza-po lewej kompleks klasztorny s. klarysek; jasny punkt po środku-rynek miasta, gdzie rokrocznie odbywały się koncerty ewangelizacyjne organizowane przez Saruel; na środku poniżej-kompleks budynków szkolnych okupowanych przez rekolekcyjną młodzież].     
Najprościej mówiąc, mieliśmy prowadzić z ludźmi rozmowy na Boże tematy. I tak trafiiśmy do pewnej starszej Pani. Do dziś nie pojmuję, dlaczego nam zaufała i wpuściła do mieszkania; w każdym bądź razie prym w rozmowie wiodła Ala, serdecznie zagadując staruszkę o wszystko. Summa summarum - miła pogawędka zakończyła się wspólną dziesiątką Różańca na intencję samotnej Pani. Po latach myślę o tym wszystkim z łezką w oku.
Całkiem niedawno dotarła do mnie informacja o tragicznej śmierci zaledwie trzydziestoletniej Kasi Lesiak (fot. obok). Pijany kierowca ranił ją śmiertelnie kilka miesięcy temu... Osierociła dwójkę ślicznych córeczek, pozostawiając je w opiece kochającego męża (na fotografii poniżej spaceruje z nimi w piękną złotą jesień). Lubię medytować nad tym zdjęciem, choć napełnia mnie ono ogromnym bólem - dzieci z Piotrem, trzymane za rączki, oddalają się od Kasi (zapewne ona fotografowała), podążają w innym kierunku, nie oglądając się do tyłu. A może właśnie idą w tę samą stronę, gdzie Kasia już jest, w stronę wieczności...
Ilekroć odwiedzam profil tej obiecującej wokalistkii na 'naszej klasie' serce pękami z żalu.. głowa za mała, żeby wszystko pojąć... 
Jaką ją pamiętam? Taką, jak na 
zdjęciu - radosną, życzliwą, otwartą na świat i ludzi. Miała mocny głos, kochała śpiewać. Chór Saruel miał z niej niemałą pociechę. Gdzieś naYouTube trafiłem na dźwięki, które z głębi serca wyśpiewuje... Chyba zazdroszczę jej, że dziś śpiewa już w chórze anielskim, wraz ze  Świętymi...Sanctus, Sanctus, Sanctus, Dominus Deus Sabaoth... ksiądz Marek i Robert też śpiewają, mimo że ten ostatni nie miał bajecznego głosu:)
Siegając w zawodną pamięć widzę dwa obrazki z mojej znajomości z Kasią: rekolekcje w Starym Sączu, rok bodaj 1999 - śpiewamy razem w grupie osób podczas Mszy świętej na dziedzińcu jednej ze szkół. Staram sobie przypomnieć, jak siłą rzeczy krzyżują się nasze spojrzenia i widzę tylko jedno - promienny uśmiech Kasi..
Innym razem odwiedziłem ją w nowosądeckim szpitalu, biedactwo połamało się w okolicznościach, których nie potrafię sobie teraz przypomnieć. Smutno jej było z powodu niemożności czynnego uczestnictwa w rekolekcjach (choć pobyt w miejscu odosobnienia nie był długi), mimo to, cierpienie i niedogności związane ze stanem zdrowia znosiła nad wyraz dzielnie...
Do wielkiej Dwójki przez swoją męczeńską śmierć dołączył ksiądz Marek.
Kochani, orędujcie za nami u Boga !

Wracam do domu, do siebie wrócić nie mogę...Mijam zaśnieżony jeszcze o tej porze roku Czerwińsk. Na horyzoncie połyskują niewzruszone wieże bazyliki, w kierunku której tyle razy udawał się ks. Marek. W locie robię zdjęcia. Wielokrotnie przejeżdzałem tą drogą, wielokrotnie, począwszy od 1990 r., podążałem i ja w stronę Sankturium Pani Czerwińskiej, Matki Nieustającej Pomocy. Tutaj przed 20 laty wstąpiłem do Rycerstwa Niepokalanej, tu przyjeżdżałem na rekolekcje powołaniowe, ministranckie; podziwiałem gospodarstwo, ogrody...dziś nieco opustaszałe, jakby czekały na nowego lokatora. 
Oczyma wyobraźni wypatruję w tej scenerii zmarłego Salezjanina. Tu stawiał pierwsze kroki w powołaniu kapłańskim i zakonnym. Może myślał już o misjach? 
Czy za czasów jego bytności w tym miejscu nowicjusze wypiekali jeszcze swój chleb, wytwarzali niepowtarzalny w smaku ser, posilali się płodami ziemi, o których wzrost sami dbali? Trudno powiedzieć, choć w obliczu śmierci pytania te wydają się nie mieć sensu.
Rozmyślam o tym wszystkim przesuwając paciorki Różańca i udziela mi się jakiś specyficzny, trudny do określenia nastrój. Odżywa dusza melanacholijna, sentymentalna, refleksyjna. Zatapiam się w tej atmosferze, która nie opuści mnie, jak się potem okaże, przez kilka kolejnych dni.
Wróciłem do Płocka. Próba scholi i przygotowania do przeglądu pieśni religijnej. Ćwiczymy "Błogosławiony Antoni Julianie" i łacińską Salve Regina. Dziwny zbieg okoliczności: sekwencja śpiewana na zakończenie uroczystości pogrzebowych w tym niecodziennym dniu pojawia się na ustach dziewczynek z parafialnej scholi. Opowiadam im o kontekście pieśni, o ks. Marku, o dzisiejszym pogrzebie i zachęcam, aby zaśpiewały z serca na jego intencję.
Potem Msza święta i znamienny tekst czytania, będący modlitwą o to, aby wszyscy ludzie poznali Boga żywego i prawdziwego, także żydzi i muzułmanie, a więc również zabójca ks. Marka:

[Modlitwa o nawrócenie wszystkich ludów]
"Zmiłuj się nad nimi Panie, Boże wszystkich rzeczy, i spojrzyj, ześlij bojaźń przed Tobą na wszystkie narody. Niech cię uznają, jak my Cię uznajemy, że nie ma Boga prócz Ciebie, o Panie! Odnów znaki i powtórz cuda. Zgromadź wszystkie pokolenia Jakuba i weź je w posiadanie, jak było od początku.

Panie, zlituj się nad narodem, który jest nazwany Twoim imieniem, nad Izraelem, którego przyrównałeś do pierworodnego. Miej miłosierdzie nad Twoim świętym miastem, nad Jeruzalem, miejscem Twego odpoczynku. Napełnij Syjon wysławianiem Twej mocy i lud Twój chwałą swoją.
Daj świadectwo tym, którzy od początku są Twymi stworzeniami, i wypełnij proroctwa, dane w Twym imieniu. Daj zapłatę tym, którzy oczekują Ciebie, i prorocy Twoi niech się okażą prawdomówni. Wysłuchaj, Panie, błagania Twych sług, według błogosławieństwa Aarona nad Twoim ludem. Niech wszyscy na ziemi poznają, że jesteś Panem i Bogiem wieków" (Syr 36,1.4-5a.10-17).

 
Jakiego Go pamiętam?

Próbuję sobie przypomnieć osobę zmarłego Misjonarza. Nie mieliśmy ze sobą wiele wspólnego, choć gdy odszedł, wydaje mi się niezmiernie bliski. Wstyd się przyznać, ale na ile udało mi się go poznać, odniosłem wrażenie, że nadajemy na innych falach. Moje pierwsze wrażenie - 'kolejny szalony salezjanin'. Do tego dziwnie się ubierał, zakładał na głowę jakąś jarmułkę i zawsze gdzieś pędził. 
Poznaliśmy na jednym z ostatnich "starosądeckich turnusów". Był to rok milenijny-2000. Po powrocie z egzotycznej wycieczki zagranicznej postanowiłem odwiedzić starą wiarę, podobne pragnienie - dołączenia do saruelowiczów - miała Asia z Płocka. Zapakowaliśmy się w mojego 'kaszla' (to było istne szaleństwo!) i wybraliśmy się w dwunastogodzinną podróż w Beskid Sądecki. Na miejsce przybyliśmy przed północą; oczywiście nikt o tej porze na rekolekcjach nie myśli o spaniu, więc wartko przyłączyliśmy się do grupy rozanielonych uczestników 'skupiducha'. Wkrótce potem zaprowadzono mnie na miejsce nocnego spoczynku. Jak na Saruel przystało - warunki spartańskie, a więc karimata, śpiwór, jasiek zrobiony z ręcznika i wszystko grało...aby do rana.
Gdy trochę niewyspany podnosiłem się z mojej 'pościeli', z pokoju wychodził "Ryba". Przywitał się ze mną serdecznie, choć na pr
ędce i pobiegł asystować przy młodzieży - jak na duchowego syna ks. Bosko przystało. Moją uwagę zwrócił fakt, że ów młody seminarzysta spał w tych samych spartańskich warunkach, co pozastali nastoletni mieszkańcy sali (na jedną salę przypadało od 8 do 12 chłopa). To niepozorne, ale godne odnotowania poświęcenie ukazuje go jako autentycznego i w pełnym tego słowa znaczeniu Asystenta młodych, z którymi przebywał niemal non stop. 
Jeszcze jeden obrazek mam w pamięci - "Ryba" głoszący konferencję dla młodzieży. Był to rok 2001, może 2002, a więc rekolekcje Saruela przeniosły się już do stóp Matki Bożej Różanostockiej, kilkaset kilometrów na północny wschód od Starego Sącza. Nie pamiętam, o czym wówczas mówił, ale pamiętam, że były to słowa z mocą. Ten młody student teologii mógłby być nauczycielem nie jednego kapłana z wieloletnim stażem...

Salezjaninie, poznaj swoją godność!

Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Jednak w przypadku ś.p. księdza Marka to powiedzenie traci na wartości. Chciałbym wierzyć, że jego śmierć sprawi, iż nie jeden młody chłopak pomyśli - 'chcę zostać misjonarzem, chcę go zastąpić'. Byłaby to piękna i szlachetna myśl.
Co teraz? Teraz jest czas na pogłębioną refleksję, zwłaszcza w wielkiej rodzinie salezjańskiej.1 Wszyscy powinniśmy zastanowić się, jaką naukę i jakie owoce powinna wydać męczeńska śmierć Salezjańskiego Misjonarza Trzeciego Tysiąclecia. Przejść obojętnie nad tą śmiercią do porządku dziennego z cynicznym - 'trzeba jakoś dalej żyć', stanowiłoby ogromną porażkę. To tak samo, jak pominąć li tylko szlachetnym westchnieniem męczeńską
śmierć misjonarzy wszystkich wieków chrześcijaństwa. A przecież ich krew ma być zasiewem nowych i świętych powołań, dla salezjanów - ta konkretna śmierć oby stała się motywacją do odkrywania na nowo charyzmatu św. Jana Bosko, próbą powrotu do pierwszej gorliwości, do źródeł zleconej im przez Założyciela misji, pogłębiania swojej tożsamości: jako kapłanów i sług Boga, którzy nie uganiają się za światem, nie serwują młodym, tego, czego chce świat - za pomocą środków właściwych współczesnej zmieniajacej się modzie na życie w stylu 'cool' i 'respect'. Salezjanin nie może uważać, że chodzenie w sutannie nie jest dziś 'trendy', ba - może nawet popsuć mu dobre relacje z młodzieżą, która, jak wielu duchowych synów ks. Bosko wydaje się mniemać, woli widzieć w księdzu wyluzowanego 'spoko gościa'. To błędne myślenie. 
Z
auważany w ostatnich latach kryzys powołań i spadek liczby chętnych młodych adeptów do wstąpienia w szeregi salezjańskie powinien dać wiele do myślenia. Niech za smutny przykład posłuży WSD Towarzystwa Salezjańskiego w Łodzi. Przed laty tętniące życiem, obecnie - ze 'względów personalnych' zamienione na szkołę biznesową. Chciałoby się powiedzieć (z nutą dekadencką w głosie) - wszystko się kończy...

Santo subito!  

W dniu pogrzebu ks. Marka zastanawiałem się nad tym, czy wielka rodzina salezjańska nie powinna podjąć starań o beatyfikację drogiego nam Męczennika. Propozycja odważna i godna uwagi, tak jak godzien najpiękniejszej pamięci jest ten boski kapłan. 
Na trzecie tysiąclecie chrześcijaństwa - nowy Patron ewangelizacji i salezjańskich dzieł misyjnych!
Oby tak się stało!  

"Lecz ja wiem: Wybawca mój żyje, na ziemi wystąpi jako ostatni. Potem me szczątki skórą odzieje, i ciałem swym Boga zobaczę. To właśnie ja Go zobaczę, moje oczy ujrzą, nie kto inny;
moje nerki już mdleją z tęsknoty" (Hi 19, 25-27).

1 W sensie duchowym - autor refleksji również czuje sie członkiem tej Rodziny.

A. Matyszewski

poniedziałek, 14 lutego 2011

Potyczek liturgicznych na łamach "Gościa Niedzielnego" ciąg dalszy


"Długośmy na ten dzień czekali, z nadzieją niecierpliwą w duszy" - śpiewał Jacek Kaczmarski. Czekaliśmy i my. Po długiej i męczącej batalii o umieszczenie dwóch naszych tekstów w obronie Ojca Świętego, Tradycji i liturgii na łamach płockiego dodatku do GN...udało się! A żołnierze Chrystusa i jego Kościół nie przestaje być Kościołem cierpiącym, walczącym i triumfującym...


Więcej zrozumienia dla liturgii 
i Ojca Świętego!
(wersja pierwotna)
       Doczekaliśmy trudnych czasów, w których to, co do niedawna uchodziło za wielkie i święte ni stąd ni zowąd odbierane jest jako mdłe i niewystarczające, czasów, w których dawną liturgię na czele z Mszą świętą, krzepiącą przez stulecia całe rzesze Świętych Pańskich ery nowożytnej, na łamach poczytnych czasopism uznaje się za nazbyt odległą od prostego człowieka, nie potrafiącą sprostać potrzebom i oczekiwaniom współczesnego świata. Pół biedy, gdyby w tych pisemnych poczynaniach odwoływano się do prawdy i słów rzeczywiście wypowiedzianych przez kard. Ratzingera, obecnego Ojca Świętego, niestrudzenie uświadamiającego wierzącym wagę sprawowanej godnie liturgii i pragnącego, aby dla niej na nowo się narodzili.
Nie wolno podcinać gałęzi Tradycji, z której wyrosło chrześcijaństwo. Nie mówi się źle o własnych korzeniach, podobnie nie należy dyskredytować form liturgicznych, które budowały religijność i pobożność minionych pokoleń. Miarą tożsamości katolickiej jest szacunek do przechowywanych przez wieki bogactw, które wzrastały w wierze i modlitwie Kościoła.
„Naród, który nie dba o swoją przeszłość, nie zasługuje na przyszłość”. Słowa przypomniane niedawno przez ks. bpa Piotra Liberę w odniesieniu do dóbr materialnych – w kontekście troski Kościoła i Jego Widzialnej Głowy o skarby duchowe, nieprzemijające, wypływające z liturgii – nabierają szczególnego znaczenia.
Niepokojąco brzmią próby podziału katolików na tradycjonalistów i tych pozostałych, wiernych „duchowi soboru”. Intencją Ojca Świętego przywracającego do łask Mszę sprawowaną według Mszału bł. Jana XXIII z 1962 r. jest dążenie do pojednania wewnątrz Kościoła a nie tworzenie kolejnego rozbioru w Jego łonie. Wyjścia naprzeciw temu pragnieniu w duchu miłości i z duszpasterską roztropnością Namiestnik Chrystusowy oczekuje od wszystkich biskupów i kapłanów; rozwiewa przy tym nieuzasadniony lęk, jakoby powrót do dawnych form modlitewnych mógł naruszyć autorytet II Soboru Watykańskiego, który, skądinąd, nie domagał się usunięcia z liturgii śpiewu gregoriańskiego czy łaciny – gwarantującej jedność i powszechność Kościoła oraz "będącej skutecznym lekarstwem przeciw jakimkolwiek skażeniom autentycznej nauki" (Pius XII, Mediator Dei).
Msza święta skodyfikowana wieki temu przez św. Piusa V potrafi przekazywać poczucie odmienności i powagi tego, co jest czynione w obrzędach. Ma ona tę moc oczarowywania, trudną do zanalizowania, która przyciąga ludzi właśnie dlatego, że nie jest czymś banalnym, jak większość naszej egzystencji. W niej mamy natchnienie dla niezliczonej rzeszy artystów: architektów, malarzy, muzyków, kompozytorów, poetów; mamy – mówiąc wprost – wyraz wiary, która stworzyła całą zachodnią cywilizację i kulturę.

Adam Matyszewski 



Łatwo krytykujemy stare...
(pierwotna wersja tekstu-oba teksty redakcja GN znacznie "wygładziła")

W numerze 50 „Gościa Płockiego” ks. Jarosław Tomaszewski porusza temat dyskusji ze środowiskiem płockich wiernych przywiązanych do tzw. mszy trydenckiej. Znam osoby obecne na opisywanym spotkaniu w kościele na Podolszycach i nie potrafię uwierzyć, żeby mogły wypowiadać tezy, które są niezgodne z ich „liturgicznym światopoglądem”.
Od lat czynnie uczestniczę w mszy łacińskiej, obecnie sprawowanej w płockiej „Stanisławówce”. Tym większe moje zdumienie tonem felietonu. Jego autor prezentuje nikłą wiedzę na temat liturgii i myśli J. Ratzingera, traktując problem dawnych obrzędów w sposób pobieżny, wybiórczy i nieprofesjonalny. Nie wiem, co bardziej zasmuca mnie w retoryce ks. Tomaszewskiego: chęć dokopania „płockim tradycjonalistom” czy manipulacja tekstami byłego prefekta Kongregacji Nauki Wiary. Oba tematy, jak i sposób ich prezentacji zasługuje na dezaprobatę.
Obecny Papież wielokrotnie ubolewał nad sposobem przeprowadzania reformy liturgicznej, która jego zdaniem nie przebiegała zgodnie z oczekiwaniami ojców Soboru ani zwykłych wiernych. Owocem 40-letnich zaniedbań w liturgii, która powinna kształtować zdrową wiarę i pobożność, jest m.in. zeświecczenie księży „na korzyść” klerykalizacji świeckich, którzy niedługo będą mogli robić przy ołtarzu wszystko. Z jakich powodów mszę naszych przodków przeżywającą obecnie swój renesans za sprawą Ojca Świętego dyskredytuje młody kapłan z Podolszyc? Nie mam pojęcia.
Łatwo krytykujemy stare, zapominając, że obecne „nowe” przeważnie stoi w niezgodzie z wytycznymi Soboru, którego sztandarowy dokument („Konstytucja o liturgii”) obligatoryjnym czyni m.in. znajomość przez wiernych łacińskich odpowiedzi i stałych części mszy. Pomijam prawie całkowity zanik chorału gregoriańskiego („własny śpiewu liturgii rzymskiej!” KL 116), który zastąpiono gitarami, bębnami i keyboardami.   
Podobnie jak ks. Tomaszewski czekam, kiedy duchowieństwo diecezji płockiej pójdzie w ślady Benedykta XVI i ustawi w centrum ołtarza krzyż zamiast mikrofonu.
 
                                                          Wojciech Pilewski



piątek, 28 stycznia 2011

Anglikanin zatroskany o katolickie organy!


Tego jeszcze nie było! Konwertyta z anglikanizmu prowadzi scholę gregoriańską, a wybitny wirtuoz (anglikanin), po swoim ostatnim koncercie w życiu apeluje o budowę nowych organów dla płockiej bazyliki katedralnej.


Niektóre opinie: 
"Prof. Nigel Allcoat jest rozpoznawany nie tylko jako światowej klasy organista, ale także jako jeden z największych postaci muzycznych naszych czasów” (Bryden Andrew – dyrektor muzyczny, Katedra Ripon)
„Uznany międzynarodowy wykonawca i niezrównany improwizator”  (Aberdeen Univeristy)
"W lutym 2009 r. Nigel Allcoat pokazał naprawdę wysokiej klasy, inspirującą sztukę improwizacji i akompaniamentu”  (Fundacja „Betts Mastercllas”, Akademia Muzyczna, Oxford)
"Nigel Allcoat jest znany i ceniony wśród organistów w całej Europie jako artysta inspirujący, obdarzony wyobrażnią interpretatora repertuaru barokowego, a przede wszystkim jako jeden z wielkich mistrzów sztuki improwizacji”  (Ratusz w Birmingham)

Organy katedry w Płocku



"Płocka katedra, konsekrowana w 1144 roku, to prastara świątynia, która jest Matką wszystkich kościołów diecezji, ustanowionej w roku 1075. Bazylika katedralna w Płocku jest zatem od wieków silnie powiązana z historią Polski, zarówno poprzez Kościół, jak i szkolnictwo czy politykę.
Począwszy od XVI wieku, katedra ulegała istotnym przebudowom, a w ubiegłym stuleciu doszło do jej odbudowy, po tym jak została częściowo zniszczona w wyniku działań wojennych. Akustyka we wnętrzu bazyliki jest bardzo dobra, zarówno dla muzyki wokalnej, jak i organowej. Zostałem poinformowany, że organy, które obecnie służą katedrze przybyły do Płocka ze Śląska i że zostały zbudowane na początku XX wieku. Instrument znajduje się w tylnej części wysoko umieszczonego chóru, na zachodnim krańcu katedry. Prospekt tych organów stanowi straszny zestaw piszczałek, które swoim ustawieniem przypominają część falistego, żelaznego ogrodzenia. Stół gry jest odwrócony w ten sposób, że organista siedząc przy nim, widzi nad pulpitem do nut wnętrze wspaniałej świątyni, a za sobą ma fatalny prospekt organowy, który pośród wspaniałości tej katedry przedstawia się okropnie. Nie znajduję innego słowa, które opisałoby jego wygląd.
Niemniej, obecny organista katedralny włożył mnóstwo pracy w to, żeby organy były sprawne i działały tak, jak teraz działają. Uważam, że pierwotnym budowniczym tych organów był Wilhelm Sauer i jego znakomita firma organmistrzowska, z którą zbudował kilka słynnych organów w krajach wschodnioeuropejskich. Jednak instrument znajdujący się w płockiej katedrze miał bardzo burzliwą historię i jest dzisiaj w opłakanym stanie. Jego dźwięk jest daleki od ideału, a znalezienie jakiegokolwiek brzmienia, które nadawałoby się do wykonywania utworów organowych z którejkolwiek epoki muzycznej jest niezwykle trudne. Dlatego organy te, w moim odczuciu, nie są godne pełnienia funkcji organów katedralnych. Sądzę, że gdyby nie akustyka katedry, która przykrywa liczne mankamenty tego instrumentu, niewielu czułoby inspirację do gry na nim, a niektórym trudno byłoby nawet cieszyć się jego słuchaniem.
Co można zrobić w tej sprawie? Oczywiście każdy instrument, zarówno dobry, jak i zły, zawsze może być naprawiony i odnowiony tak, żeby móc wydobyć z niego to, co w nim najlepsze. Obawiam się jednak, że w przypadku tych konkretnych organów, przywrócenie pierwotnego stanu użyteczności byłoby poważnym przedsięwzięciem, które wiązałoby się z pokryciem kosztu przewyższającego nawet cenę zakupu nowego instrumentu, właściwie skonstruowanego i dopasowanego do wnętrza katedry. Trudno byłoby podać realną kwotę potrzebną na restaurację organów płockiej bazyliki, ponieważ tak wiele elementów tego instrumentu znajduje się na skraju całkowitej destrukcji. A trzeba pamiętać o tym, że restauracja ta musi obejmować budowę odpowiedniej szafy organowej, stosownej do wnętrza bazyliki. Stół gry również wymaga gruntownej renowacji. Mechanika wszystkich sekcji organów działa z różną prędkością. Większość piszczałek nie odzywa się prawidłowo, a niektórych rejestrów po prostu nie da się używać z powodu stanu, w którym się znajdują. Są także takie rejestry, które przestają działać, gdy organy grają głośno. W takim przypadku ktoś musi stać obok organisty i przytrzymywać przełączniki, które sterują takimi rejestrami (działo się tak podczas mojego listopadowego koncertu). Wszystkie skórzane elementy traktury pneumatycznej, a szczególnie te znajdujące się w stole gry, wymagają całkowitej wymiany. Moja odpowiedź na wyżej postawione pytanie byłaby następująca: należy zlecić zaprojektowanie nowego instrumentu, aby w rezultacie cieszyć się najlepszym rozwiązaniem, na jakie można sobie pozwolić i aby przyszła wartość muzyczna tych organów przynosiła radość i inspirację nie tylko w kontekście liturgii sprawowanej w katedrze, ale także w wymiarze artystycznego oddziaływania na lokalną społeczność i osoby znajdujące się poza nią. Dobry instrument będzie również źródłem inspiracji dla młodych muzyków w ich dążeniu do bycia organistami. Będzie zachwycał śpiewaków tworzących chóry, które działają przy katedrze, co jest z kolei tradycją, którą należy pielęgnować i wzmacniać w tych naszych zeświecczonych czasach.
Sugeruję, żeby teraz, gdy Polska znowu znajduje się w granicach zjednoczonej Europy, władze katedralne i władze miasta Płocka uświadomiły sobie ograniczenia, jakie powoduje instrument zainstalowany w bazylice i zobaczyły, co polscy i zagraniczni organmistrzowie proponują jako swój wkład w zbudowanie organów w pełni godnych tak umiłowanej i zabytkowej świątyni. Nie uważam, aby koniecznym było przygotowywanie jakiegoś planu, za wyjątkiem krótkiego uzasadnienia zapotrzebowania (Statement of Purpose), na podstawie którego organmistrz powinien rozpatrywać swój projekt. Z mojego dotychczasowego doświadczenia wynika, że im budowniczy organów ma szerszy zakres działania, tym lepszy jest produkt końcowy powstały w wyniku jego pracy, ponieważ budowniczy jest jedyną osobą, która zdaje sobie sprawę z tego, w jakim stopniu najlepszy instrument jest w stanie stworzyć dla danej, niepowtarzalnej sytuacji. Im budowniczy jest bardziej ograniczony przez niekończące się sugestie, które napływają do niego z różnych stron, tym bardziej przeciętny i nijaki jest wynik jego pracy. Powinien także być powołany doradca do spraw związanych z budową organów. Doradca ten powinien być osobą, która będzie służyć radą i naświetlać pewne fakty, działając zarówno na linii nabywca – budowniczy, jak i budowniczy – nabywca. Jego zadaniem powinno też być pomaganie nabywcy przy rozpatrywaniu oraz ocenianiu cech i zalet każdego projektu, a nie jedynie opracowywanie specyfikacji itp. Organy przecież przeżyją doradcę, który pomaga nabywcy przy ich budowaniu!
Z ogromną przyjemnością będę służył dalszą pomocą. Chętnie wyjaśnię wszelkie aspekty tego, o czym tu napisałem. Mógłbym także wskazać rzetelne, międzynarodowe firmy organmistrzowskie, jeśli zapadnie decyzja o budowie nowych organów dla płockiej katedry. Dobre, spójne projekty rzadko powstają z dnia na dzień. Myślę, że na całe przedsięwzięcie potrzeba tu będzie od 6 do 10 lat, szczególnie wtedy, gdy koniecznym okaże się rozwiązywanie problemów finansowania i sponsorowania tego przedsięwzięcia. Należy jednak pamiętać, że koszty rosną dość szybko w czasach tej globalnej zawieruchy finansowej, z jaką mamy teraz do czynienia. Zatem pozwolę sobie zauważyć, że jeśli porozumienie dotyczące organów płockiej katedry zostanie osiągnięte możliwie jak najszybciej, odbędzie się to z pożytkiem dla wszystkich, a zwłaszcza dla tych nieszczęsnych ludzi, którzy z wielkim wysiłkiem utrzymują obecny instrument przy życiu.

Nigel Allcoat
Burbage, 20 stycznia 2011 roku

Z języka angielskiego przełożył Michał Pankowski,
[fotografie z wnętrza bazyliki: MR, źródło: plocek.pl
]
tekst oryginalny:
The Organ in Plock Cathedral, Poland
The Cathedral is of ancient foundation being dedicated in 1144 and the Mother 
Church of the diocese which was formed in 1075. It therefore is strongly linked to    
the history of Poland through the Church, education and politics through the 
centuries. 
The Cathedral is rather substantially rebuilt from the 16 th century and more recently 
after war damage in the last century. The acoustics are very fine, not only for vocal 
music but also for the organ. The present organ I am told came from Silesia, having 
been constructed at the beginning of the 20 th century. It is positioned at the back  
of a high choir and organ gallery at the West end of the Cathedral. There is a terrible 
array of pipes that have been shaped to fit the space rather like a section of 
corrugated iron fencing. The console is reversed and so the player views the whole 
length of the great building over the music desk with the appalling vision of the 
organ behind. Its visual presence amid the splendours of the rest of the Cathedral is 
horrendous. There is no other word to describe its appearance. 
However, much dedicated work by the present organist has been lavished on the 
instrument to make it work as well as it does. I believe that the original builder was 
the eminent firm of Saurer who built some of the more famous East European 
organs. However, this instrument in Plock has had a most chequered life and is in a 
most ruinous state at the moment. The noise is not at all fine and it is extremely 
hard to find any agreeable sounds on it to play any of the enormous range of organ 
music from any age. It therefore is a lamentable object which in my estimation is 
quite unworthy for being a cathedral organ. If it were not for the cathedral’s acoustic 
which covers over the endless deficiencies of the instrument, I feel that few people 
would be inspired to play it and for some, to even enjoy hearing it. 
What can be done about it? Of course, any instrument (good or bad) can always be 
restored and renovated so that the best can again be heard from it. But with this 
particular organ, I fear that the cost to bring everything back to some form of 
original functioning state would be a substantial undertaking and  at  a cost that 
would be more than  even  purchasing a new instrument that was properly 
constructed and tailored to its position in the building. There is so much that is 
teetering on the edge of total collapse, it would be hard to put a realistic figure on a 
restoration. And this must include a proper and worthy case. The console needs a 
complete refurbishment. The action to all departments works at different speeds. 
Most pipes do not speak correctly and some stops just cannot be used because of 2
their condition.  Some stops  on the console  actually begin to go off when playing 
loudly and another person needs to be on hand to keep them down (as happened in 
my recent concert). All the leatherwork of the pneumatic action is in need of
complete renewal, especially in the console. My answer to the above question would 
be to have a new instrument designed to be of the best that can be afforded so that 
the future musical worth of the organ is a joy and inspiration not only to the liturgies 
of the cathedral, but also artistic outreach into the community and beyond through 
concerts. A good instrument will also inspire young musicians to aspire to becoming 
organists. A good instrument will greatly enthuse the choirs that belong to the 
cathedral  – a tradition that should be nurtured,  cherished  and enhanced in this 
rather secular age of ours.
Now that Poland is again within the boundaries of a unified Europe, I suggest that 
the cathedral and city authorities realize the limitations that the present instrument 
provides and look to the surrounding countries - as well as their own - to see what 
instruments certain builders suggest as their contribution of an instrument utterly 
worthy of such a loved and historic building. I am not of the opinion that a building 
should prepare a blue-print, other than providing a brief Statement of Purpose from 
which a builder should view the project. The wider the scope a builder has in my 
past experience, the more remarkable the end product as the builder is the only 
person who realizes how best he feels he can conceive a musical instrument for each 
unique situation. The more a builder is constrained by endless suggestions from 
different quarters, the more ordinary and lack-lustre the result. A Consultant should 
be a person to advise and elucidate facts between the purchaser and a builder and 
vice versa. The Consultant should help weigh-up the features and merits of each 
scheme for the purchaser – not lay down specifications and the like. An organ will 
last far longer than the life of a consultant who does that!
I would be delighted to offer any further help or clarify any points that I have 
written here. I would also perhaps suggest some International builders if such an 
opportunity to have a new instrument is agreed. Such good projects oozing with 
integrity rarely happen overnight. 6 to 10 years is a realistic time-scale – especially if 
finance and sponsorship will need to be put into place. But it must be always be 
remembered that costs rise rather quickly in these days of global  financial 
uncertainties, so if agreement is reached about the instrument as soon as possible, I 
would suggest this would be to everyone’s advantage  – not least the poor people 
who struggle to keep the present instrument alive.
Nigel Allcoat, Burbage 20th January 2011